Pakując bagaże doszedłem do wniosku, że chyba jednak przesadziłem...no bo po co komu wyschnięta na wiór i twarda jak deska ryba, z której sól prawie się osypuje...???;))
Podarowałem jako ciekawostkę ze słonecznej Italii , ale po powrocie zacząłem dociekać co to jest i jak to się je...okazało się , że jest to miejscowy przysmak, goszczący na wielu stołach w dni świąteczne...:))
Wspomnianą "deseczkę" moczymy kilka dni w wodzie, zmieniając ją od czasu do czasu, żeby nas reszta domowników nie "wyprowadziła" jeszcze przed osiągnięciem celu...;))
Jak już napuchnie i przybierze kształt filetu z ryby kroimy...
i podsmażamy...
przygotowujemy w międzyczasie czosnek , marchewkę i cebulę...
nie zaszkodzi również kilka oliwek...najlepiej czarnych...;)
cebulę i czosnek podrumieniamy na oliwie
dodając potem marchewkę, rybę i oliwki...
nie zapominając oczywiście o natce pietruszki
i przecierze pomidorowym...
gotowe danie podaje się tutaj z polentą... smacznego...:))







